muza

Przez okno samolotu  toczącego się po pasie startowym w kierunku terminalu lotniska dostrzegł ją czekającą. Była mokra od deszczu. Wyglądała na zapłakaną. Jakby zasmuconą niepewnością czy w ogóle się pojawi, czy rzeczywiście ją odwiedzi. Jest. Zaraz po pierwszym z nim kontakcie rozchmurzyła się, a ciepło jakim go obdarowała zachęciło do zdjęcia  marynarki. Szedł, a ona go prowadziła. Był szczęśliwy z jej obecności. Był z nią teraz, tak jak był z nią kiedyś za starych, dobrych czasów. Powróciły w nim wspomnienia. Obserwował ją uważnie. Wydawało mu się, że jest tylko on i ona cała tylko dla niego. Delektował się nią. Starał się powoli odnaleźć w niej te najskrytsze zakamarki, które lubił penetrować najbardziej. Miejsca, które pobudzały jego wyobraźnię i pchały go do dalszego działania. Mijał czas, a on spacerował po niej wzrokiem pieszcząc ją łapczywie oczami. Zaglądał tu i tam, aż dostrzegł jeden z tych kuszących punktów. Zamarł na chwilę niczym speszony. Zawahał się upewniając w myślach czy jest gotów by tam wejść. Czy po tak długiej nieobecności będzie potrafił poczuć to samo co odczuwał kiedyś. Więcej czekać nie mógł. Przecież właśnie tego chciał, a szeroko rozwarte wrota zapraszały go do środka. Znalazł się w  przyjemnym, ciepłym wnętrzu i aż do  kulminacyjnego momentu rozkoszował się szeregiem doznań temu towarzyszących. Do chwili kiedy na jego twarzy pojawił się uśmiech satysfakcji z aktu, który przeżył, ale i grymas niezadowolenia że dobiegł już końca był wniebowzięty . Wyszedł, a upływające nieubłaganie godziny przybliżały moment do rozstania z nią. Kręcił się niecierpliwie jakby szukał czegoś jeszcze. Czegoś co zapadnie mocniej w jego pamięci kiedy ją opuści. Z coraz większą ciekawością poruszał się błądząc już zmęczonymi po niej oczami. Zauważył miejsce w którym wcześniej nigdy nie był. Bardziej ukryte, niby schowane z tyłu miejsca które znał dobrze. Zbliżył się zastanawiając  czy powinien, czy przypadkiem nie straci cennego czasu którego mu już zresztą dużo nie zostało, czy ma chęć na eksperymenty? Przypomniał sobie, że to co go najmocniej kiedyś podniecało to było właśnie to wszystko co w niej nieznane, a czego odkrywanie było niekiedy ryzykowne, a ona potrafiła mu to dać. Poczuł dreszczyk emocji. Ruszył naprzód. To wnętrze było zdecydowanie bardziej ciasne od poprzedniego. Tu przeżył całkiem inne doznania, choć równie silne i przyjemne. Poczuł się wyróżniony faktem, że mógł je odwiedzić. Zdawał sobie sprawę, że zakamuflowanie tej cudownej, ciasnej przestrzeni oznacza iż nie jest dla każdego, że dotrzeć tam mogą tylko tacy jak on – tacy co wejść tam powinni, ci którzy naprawdę chcą tam trafić. Schlebiał sam sobie. Wciąż nie czuł się nią nasycony, ale musiał już wracać na lotnisko. Odprowadziła go niczym wiodąc za rękę.

Samolot oddalał się od lądowiska. Widział ją przez okno jeszcze przez kilka sekund zanim przykryły ją białe obłoki. Majestatyczna i dumna w promieniach słońca wyglądała pięknie, sprawiała wrażenie zadowolonej z jego wizyty.

*                 *                 *

Fotel w samolocie nie należał do zbyt wygodnych, ale mimo to wiedział że zaśnie bez problemu. Był zmęczony. Oparł głowę o tył siedzenia i jeszcze przez chwilę patrzył na chmury by zaraz zamknąć oczy. Myślał o tym z jaką ochotą  zawsze do niej wraca i jak ona potrafi go wymęczyć. Wie, że ten rodzaj wyczerpania jest dla niego darem, bo jest to zmęczenie wynikające z szybkiej, intensywnej kumulacji pozytywnych emocji. Myślał o atmosferze, którą wytwarzają jej uwielbiane przez niego teatry, przestronne galerie czy ciasne od upchanych książek antykwariaty. Innym słowem miejsca, które odwiedził właśnie dzisiaj, a które dają mu inspirację na kolejne dni. Ona tak jak kiedyś, tak i dziś pieściła jego umysł pozwalając mu się penetrować, prezentując mu to co on ceni sobie w niej najbardziej. Nie zawiodła go i tym razem.

- Do zobaczenia moja Warszawo – wyszeptał pod nosem i zasnął z niegasnącym uśmiechem na twarzy.


kot od kwadratu

Nie dobrze będzie podróżować przez Londyn  autobusem do którego wchodząc  stawiam tak zamaszysty krok, jakby jego próg oddalał się od zbliżającej się mojej stopy. Takie wkroczenie do piętrusa może zapowiadać nietypową przejażdżkę. Muszę się jednak jakoś dostać do Hyde Parku.

Stojąc przed kierowcą dla lepszej równowagi mam szeroko rozstawione nogi. Wydaje mi się, że podeszwy moich butów przyklejone są do pokładu łodzi na którą właśnie wszedłem. Ciężko przesunąć mi stopy. Wszystko się przecież kołysze, podłoga faluje, a ja nie mogę złapać się dłońmi uchwytów  bo trzymam kota. To znaczy zdjęcie kota wycięte z wielkiego bilbordu reklamowego. Pamiętam jak jeszcze niedawno  wdrapywałem się po rusztowaniu na bok budynku  i sekatorem pożyczonym w tym celu od polskiego cygana, u którego mieszkam, wyżynałem zwierzątko z plakatu. Proszę kierowcę o dwa bilety. On nie reaguje, jakby mnie nie słyszał. Dokładnie mi się przygląda. Wszyscy pasażerowie patrzą na mnie, a ja unikam spojrzenia w ich twarze. Zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście nic jeszcze nie powiedziałem tylko myślami wybiegłem zbyt do przodu. Nachylam się powoli w stronę szyby z małymi otworami oddzielającej mnie od kierowcy by jeszcze raz zwrócić się do niego, ale w sumie głos wydobywam z siebie po raz pierwszy.

- Two tickets please – mówię raczej cicho, a jednak na tyle głośno by usłyszeli to inni i wybuchnęli śmiechem. Nie rozumiem ich zachowania. Nie mam pojęcia co ich śmieszy. Uderzam czołem o szybę i w takiej pozycji pozostaję, a ona odkształca się pod naciskiem mojej głowy. Jest miękka jak guma.

- Say it again, mate – prosi bym powtórzył kierowca

- Two tickets please – odpowiadam, przeciągając środkowe samogłoski w wyrazie „please” Wydaje mi się, że mija wieczność. Nie potrafię dobrnąć do końca słowa. Im dłużej to trwa tym bardziej rozciąga się twarz kierowcy. Jego broda opada tak nisko, że w końcu uderza o plastikową tackę przeznaczoną na pieniądze i bilety. Hałas tego upadku sprawia, że szybko, wręcz urywając końcówkę wyrazu zakańczam swoją wypowiedz. W tej samej chwili kształt głowy kierowcy wraca do normy. Odsuwam  czoło od szyby i na ciężkich nogach odchylam się do tyłu wyciągając przed siebie kota. Pokazuję jemu i reszcie, jakby sami nie mogli się domyśleć dlaczego potrzebuję dwa bilety. Spoglądam w prawo. Widzę kilka rzędów kinowych foteli, a w nich wygodnie usadowioną publiczność. Szelest torebki z popcornem do której sięga jakiś chłopak jest dla mnie nie do zniesienia. Słyszę też jak prażona kukurydza eksploduje pod naciskiem jego zębów. Mało nie pękną mi bębenki. Na twarzach wszystkich dostrzegam dokładnie ten sam drwiący  uśmiech. Na tle ich jednostajnego rechotu dochodzi do mnie głos kierowcy i raptem przestaję słyszeć wszystkie inne dzwięki. W totalnej ciszy rozbrzmiewają tylko jego słowa:

- Pets go free, just pay for yourself – poważnie tłumaczy jedyny przychylny mi człowiek na tej łodzi, znaczy w kinie, autobusie do cholery. Przecież wiem gdzie się znajduję.

- Thank you – odpowiadam i ruszam w głąb pojazdu głaszcząc kota i unikając świdrujących spojrzeń podróżnych. Za mną wciąż rozbrzmiewa „you” wypowiedziane przeze mnie przed kilkoma sekundami. Fotele kinowe znikają, a ja zajmuję wolne, podwójne miejsce. Siadam przy oknie, a obok siebie umieszczam kota opierając go o tył siedzenia. Odbijamy. Wypływamy z zatoki. Patrzę przez okno. Mijają nas łódki, rowery wodne i  podobne do pojazdu w którym jestem okręty pirackie na kołach z wrednymi piratami gapiącymi się na mnie. Odwracam głowę. Zatrzymujemy się w kolejnej przystani. Wchodzący ludzie mijając mnie patrzą na kota, więc biorę go na kolana. Nikt się jednak do mnie nie przysiada. Nie mogę znieść widoku ulicy. Witryny sklepów łączą się ze sobą tworząc długą kolorową wstążkę. Moje oczy nie są w stanie zapanować nad wszystkimi detalami. Zaczynam patrzeć na podłogę między swoimi nogami, teraz kobiecymi z wyglądu. Im dłużej jej się przyglądam tym więcej na niej dostrzegam. Ziarenka piasku ożywają. Z ich boków wysuwają się i wiją w moim kierunku wąskie ręce by zaraz zamienić się w pył i opaść. Próbuję je wszystkie bezskutecznie zadeptać. Jestem asfaltem po którym toczy się autobus w którym siedzimy z kotem. Odczuwam ciężar. Zaczyna być mi niedobrze. Całe otoczenie mnie przytłacza. Potrzebuję więcej otwartej przestrzeni. Niepotrzebnie wszedłem do tego autobusu – myślę. Tym bardziej, że tak wysoko musiałem się do niego wdrapywać. Właśnie wtedy powinienem zrezygnować. Wiedziałem co się święci.

Serce wali mi bardzo mocno. Słyszę myśli ludzi wokół mnie. Zbieram się na odwagę by w końcu wysiąść. Od jakiegoś już czasu jadę wzdłuż Hyde Parku. Otwierają się drzwi. Staję na progu i patrzę w dół. Pocieszam kota wmawiając mu, że to nie jest wysoko. Okłamuję go, sam widząc przed sobą przepaść. Walczę ze strachem nie pozwalającym mi skoczyć, a świadomością że to tylko stopień autobusu i nic złego stać się nie może. Patrzę na sklep z damską odzieżą usytuowany naprzeciwko mnie. Widzę w nim nagie postacie wiszące na wieszakach i przechadzające się między nimi ubrania. Czarny, długi płaszcz niesie do przymierzalni wysoką, chudą, brzydką brunetkę mając nadzieję, że ona ma odpowiednie wymiary by ją w siebie wcisnąć. Na jej plecach widnieje napis „sale”. Mam zdolność słyszenia myśli płaszcza. Jest mu przykro, że tylko na takie ciało go stać, ale przecież coś musi do siebie włożyć. Wyraźnie zdenerwowane i rozczarowane majtki rozmiaru co najmniej XXL opuszczają sklep. Drzwi autobusu zamykają się. Jedziemy dalej. Rozglądam się wkoło. Otaczają mnie kinowe fotele, a kinomanii o różnym kolorze skóry mają przyklejone do twarzy usta postaci z bilbordu, których pozbawiłem kota. Myślę, że śledzą mnie bym oddał im ich pupila.

- Would you like your cat back, madame? – zwracam się uprzejmie do najbliżej siedzącej starszej kobiety, a kiedy kończę do niej mówić z jej twarzy znikają papierowe wargi. Wstaje i odchodzi zniesmaczona w dalszą część kina nic mi nie odpowiadając.

Drzwi się otwierają. Nie mogę dłużej znieść widoku tych idiotycznych tekturowych uśmiechów. Przełamuję strach, zamykam oczy i przyciskając do siebie towarzysza skaczę obunóż w otchłań. Już po chwili niepewnie kroczę chodnikiem w kierunku najbliższego wejścia do parku co chwilę dając sporego susa. Zastanawiam się w jaki sposób inni przechodnie tak płynnie pokonują czeluście  między granitowymi płytami z których ułożony jest chodnik i dlaczego przystają za każdym razem gdy skaczę. Twarze tych co się zatrzymują są podobne do tych z autobusu. Kiedy długo lecę w powietrzu przecinając przestrzeń od krawędzi jednej płyty do krawędzi płyty następnej rozciągają się niczym ze zdziwienia. Przypominają mi wtedy głowę kierowcy  jak wyrżnął brodą o blacik. Są jak wyjęci z obrazów Salvadora Dali. Kiedy ląduję rozdziawione mordy stają się znowu zwykłych kształtów. Wszyscy oni wydają mi się śmieszni i to w sumie ja powinienem przystanąć by przyjrzeć się im, a nie oni mnie. Większość chodnika przebyłem nad nim. Zmęczony ludźmi dotarłem na wielki jak morze trawnik. Szukam miejsca by się położyć. Przedzieram się między źdźbłami trawy odgarniając je na bok jedną ręką. Na drodze stanęła mi duża biedronka. Postanawiam ją obejść zamiast wdawać się z nią w dyskusję. Na względzie mam też bezpieczeństwo kota, który nastroszył się na widok biedrony o wiele większej od niego. Zataczam więc koło. Patrzę przez chwilę w niebo. Obłoki mimo braku wiatru pędzą nade mną w różnych kierunkach. Mają odmienne, choć niezbyt ostre kolory. Przybierają ludzkie kształty. Opuszczam głowę i kładę się na już normalnych rozmiarów trawie. Kota puszczam wolno. Niech się wybiega – myślę. Niebo krąży w prawo, a obłoczki suną w lewo. Jakiś cień przykrył mi twarz. To pająk kroczący nad głową zasłonił słońce. Macham dłonią i strącam go z włosów. Jest bardzo mały, ale miał ogromny cień. Może nie był to cień tylko zwyczajnie przymknąłem oczy, a o pająku pomyślałem czując coś we włosach. Nie jestem już nawet pewien czy w ogóle po mnie łaził i czy rzeczywiście go strąciłem ręką. Frapują mnie dziwne fantazje dotyczące tego co widzę. Być może spałem -  krótko lub długo. Nie wiem.

Siedzę na trawie. Jestem osłabiony. Obok mnie leży tekturowy, płaski kot. Niebo jest błękitne, obłoczki białe, trawa zielona a pewnie już inna biedronka malutka w malutkie kropeczki. Uśmiecham się. Wszystko jest normalne – zwykłe. Trochę szkoda. Nie mam zamiaru głaskać zwierzęcia z plakatu ani do niego mówić. Odpoczywam powoli zbierając myśli. Chce mi się zapalić skręta. Z kieszeni wyciągam bibułkę, marihuanę, zapalniczkę i tytoń. Przenoszę się na ławkę nie zapominając o kocie. Palę i wspominam wydarzenia tego popołudnia, mój wolny od pracy dzień.

Wyszedłem tylko do pubu na śniadanie. Siedziałem na tarasie kończąc posiłek kiedy dołączył do mnie znajomy. Poczęstował mnie małym papierowym kwadracikiem. Włożyłem go pod język by się rozpuścił. Wniknął we mnie reżyserując resztę dnia. Taki skrawek papieru o potężnej mocy. Pobiegłem do Cygana po sekator. Spytał do czego mi będzie potrzebny. Wytłumaczyłem mu chaotycznie, że muszę wyciąć kota. Nic nie zrozumiał, nazwał mnie pierdolonym ćpunem, wręczył narzędzie i zaczął coś mówić o kurczaku. Chciałem jak najszybciej zrobić to co zaplanowałem zanim kontrolę nade mną przejmie kwas. Dotrzeć do Hyde Parku po drodze wstępując po kota. Nie udało mi się. Wydłużony krok podczas wchodzenia do autobusu był początkiem podróży nie tylko środkiem transportu, ale startem wycieczki w nieznane pokłady mojego mózgu…

- Właśnie, co on mówił o kurczaku i jaki związek może mieć kot z kurczakiem? –   zastanawiam się głośno kończąc jointa.

Przyszedłem na kwaterę dosyć późno. Cygan wita mnie awanturą. Nie miał dziś czym podzielić pieczonego kurczaka na niedzielny obiad.

- Musiałem go kurwa rozrywać łapami przez ciebie – irytuje się

- Zero kultury do chuja, wyglądał jakby rozjebał go granat…. a ty żeś se kurwa kota w tym czasie wycinał, ja pierdole, ja tu kurwa z wami zwariuję – kontynuuje wyrzuty Cygan

Dziwi i bawi mnie, że do dzielenia drobiu używa sekatora ogrodowego. Teraz rozumiem dlaczego pożyczając mi go wyciągnął przyrząd  z piekarnika. Jutro odkupię mu sekator bo nie pamiętam gdzie zostawiłem tamten. A może raczej kupię mu kuchenne nożyce do drobiu? – w myślach pytam sam siebie. Lepiej nie bo nie będzie mógł nimi strzyc żywopłotu. – szybko znajduję odpowiedź. Pokazuję mu kota, a Cygan kiwa z politowaniem głową utwierdzając mnie tym, że na pewno  wróciłem do rzeczywistości.


palenie szkodzi

Stał przed wejściem do pensjonatu kończąc drugiego papierosa. Do wniesienia na górę została mu jeszcze jedna torba, która czekała na niego obok samochodu. Jego córka zapoznawała się w tym czasie ze zjeżdżalnią na placu zabaw, a za każdym razem kiedy wkraczała na ostatni szczebel drabinki krzyczała do ojca, że widzi plażę i morze. Złapał za torbę i pomaszerował do dwuosobowego pokoju numer siedem. Rozlokowanie ubrań w szafie zabrało mu zaledwie kilka minut. Szybko zbiegł po schodach by znaleźć się przy małej. Nie lubił pozostawiać jej bez opieki. Kiedy wyszedł z budynku Zuza miała już jednak towarzystwo. Bawiła się w najlepsze z jakąś dziewczynką w piaskownicy. Adam uśmiechnął się do dzieci i uspokojony zapalił papierosa. Niestety dużo palił i zdawał sobie z tego sprawę, ale nałóg był silniejszy. Zamiast wdychać morskie powietrze on truł się dymem. Zauważył na parkingu auto z otwartym bagażnikiem a w nim różne plażowe akcesoria. W tej samej chwili usłyszał damski głos dobiegający znad jego głowy. To mama nowej koleżanki Zuzy informowała ją o tym, że mają do dyspozycji pokój z balkonem, z którego widać morze. Szczęściary  – pomyślał. Okno jego pokoju wyglądało na drugą stronę podwórza. Dziewczynka spytała mamę kiedy zadzwonią do taty by powiedzieć mu jak tu jest fajnie.

- Pózniej, tata na pewno i tak jest zapracowany i nie ma czasu z nami rozmawiać – szorstko odpowiedziała jej kobieta z balkonu.

- Adam wywnioskował, że tak jak i on z Zuzą tak i nieznajoma o przyjemnej barwie głosu ze swoją pociechą przyjechali tu sami. Pojedynczy rodzice ze swoimi córkami.

- Pójdę tylko do pokoju po portfel i przejdziemy się na promenadę – krzyknął do Zuzy.

Patrząc jeszcze w stronę dziewczynek zrobił dwa szybkie kroki w kierunku drzwi do pensjonatu. Nie zauważył wychodzącej z niego kobiety. Nadepnął jej na stopę, a ona uderzyła głową w jego klatkę piersiową. Odskoczyli od siebie jak oparzeni, a dziewczynki w piaskownicy zaśmiały się głośno.

- Dziękuję….yyy, to znaczy dzień dobry i przepraszam najmocniej – powiedział najwyraźniej zmieszany Adam.

- Dzień dobry – śmiejąc się odpowiedziała atrakcyjna, filigranowa brunetka.

- Rozumiem, że się pan przejęzyczył mówiąc dziękuję, a już miałam spytać za co jest pan mi wdzięczny – dodała.

- No cóż, mógłbym być wdzięczny pani za to, że nie zderzyłem się z kucharzem niosącym tort bo musiałbym się zaraz przebrać, a skoro wpadłem na panią to doznałem nie lada przyjemności kontaktu z pięknym zapachem perfum jakie pani nosi na sobie i za to też mógłbym być pani wdzięczny – odparł z wrodzoną błyskotliwością, ale i nutą flirtu w głosie zarazem.

- Podoba mi się to, ale przede wszystkim jest przecież panu przykro, że mnie pan prawie staranował więc jako zadośćuczynienie proszę pomóc mi i zanieść walizkę z bagażnika mojego samochodu na górę. Zauważyłam, że wybierał się pan do środka…czyż nie ? – równie błyskotliwie, ale i zaczepnie ripostowała niewiasta.

Adam dźwigał bagaż podążając za nią na ostatnie drugie piętro domu. Wyprzedzała go o jakieś cztery schody, więc wzrok miał utkwiony na jej jędrnych pośladkach traktując je za przewodnika. Uprzyjemniało mu to zmagania z ciężarem. Kiedy dotarli na poddasze i zatrzymali się przed jej pokojem odetchnął z ulgą odstawiając walizkę. Jednocześnie żałował,  że nie szedł za nią na sam szczyt Pałacu Kultury. Życzył jej miłego pobytu i zszedł po schodach do pokoju piętro niżej. Zabrał portfel i już po chwili znalazł się przy piaskownicy.

- To co Zuzka, idziemy na spacer ? – zagadnął córkę.

- Pa Kasia – dziewczynka pożegnała się z koleżanką i chwyciła ojca za rękę.

Opuszczając posesję Adam obejrzał się. Na balkonie stała brunetka i obserwowała Kasię bawiącą się na placu zabaw. Dostrzegła go.

- Jeszcze raz dziękuję za pomoc przy wniesieniu tobołów – krzyknęła do niego.

- Cała przyjemność po mojej stronie – rzucił w jej kierunku, ale mówiąc to tylko on wiedział, że wypowiadając słowo              ” przyjemność ” na myśli ma jej pupę.

To był miły, ale wyczerpujący spacer. Czuł się zmęczony tym bardziej, że spędził dziś z córką w samochodzie kilka godzin pokonując czterysta kilometrów w drodze nad morze. Kolację zjedli w smażalni ryb na promenadzie i tuż przed dziesiątą wieczorem wrócili do pokoju na pierwszym piętrze. Po kilku minutach obowiązkowej lektury Alicji w krainie czarów Zuza smacznie zasnęła wybierając wcześniej łóżko pod ścianą. On otworzył szeroko okno i wyciągnął się wygodnie na swoim łóżku. Mimo zakazu obowiązującego wewnątrz budynku zapalił papierosa. Nie był pewien czy mała śpi  na tyle mocno by zejść na dół i zapalić na zewnątrz. Po około pół godzinie włączył telewizor. Głos z niego dochodzący nie obudził dziewczynki. Uznał, że pójdzie do samochodu po butelkę piwa.

- Dobry wieczór. Cieszę się, że tym razem pan na mnie nie wpadł – przywitała go na parkingu mama Kasi.

- Witam ponownie, co tu pani robi sama o tej porze, córeczka śpi ? – niezgrabnie budował rozmowę.

- Pewnie podobnie jak i pańska, a ja wyszłam na papierosa.

- To i ja zapalę jeśli to pani nie przeszkadza, choć nie zgadłbym, że pani pali…

- No cóż, dlatego używam mocnych perfum by nikt nie czuł ode mnie dymu…właśnie tych perfum, z których zapachem jak to pan wcześniej określił miał mieć przyjemność kontaktu – uśmiechając się cytowała jego słowa sprzed paru godzin

- Pamięta pani lepiej ode mnie co wtedy powiedziałem – dziwił się, ale i doceniał, że jego słowa utkwiły jej w głowie.

- Zapamiętuję tylko to co przypada mi do gustu, a ze swojego przejęzyczenia wytłumaczył się pan wcześniej wzorowo – podsumowała nie spuszczając na sekundę wzroku z jego twarzy. Tak jakby chciała sprawdzić czy to on pierwszy  ucieknie spojrzeniem gdzieś indziej, ale on patrzył na nią bardzo dokładnie. Była szalenie kobieca, pewna siebie podczas swoich wypowiedzi. Miała szeroko otwarte, błyszczące oczy. Rozmowa z nią dawała mu pozytywne emocje, może i dlatego że rozmówczyni była dla niego atrakcyjna także fizycznie. Tak jak wtedy kiedy szedł z jej walizką po schodach tak i teraz czuł niedosyt bo spotkanie z nią dobiegło końca. Było to spotkanie długości jednego papierosa. Nie usatysfakcjonowało go do końca, bo przecież mogłoby trwać dłużej, ale i nie rozczarowało go. Nie może być pewien co by o niej myślał gdyby dalej ze sobą stali. Niedosyt dał mu możliwość wyobrażania sobie dalszego ciągu z nią pogawędki. Rozstali się życząc sobie nawzajem dobrej nocy. Rano bardzo chciał niby przypadkowo spotkać się z nią. Kręcił się po korytarzu i parkingu, ale do wyjścia z Zuzą na plażę nie udało mu się to. To dziwne uczucie chęci choć krótkiego z nią spotkania towarzyszyło mu przez cały dzień, a wzmogło się po rozmowie telefonicznej z żoną, która wyrzuciła mu, że on wypoczywa kiedy ona musi pracować. Nie potrafiła cieszyć się z tego, że chociaż ich córka ma dobry czas. Lub cieszyła się, ale podczas rozmowy z nim koncentrowała się tylko na niepozytywnych aspektach ich wyjazdu, co podcinało mu skrzydła zniechęcając do kolejnej z nią konwersacji. Nie usłyszał od niej, że za nim tęskni. Sam też jej tego nie powiedział bo by skłamał. Od lat nie tęsknił za nią tylko za rozmową podszytą flirtem, za takim właśnie niedosytem jaki czuł po wczorajszym, krótkim spotkaniu z sąsiadką z piętra wyżej, ale na to w swoim związku nie mógł liczyć. Nie obwiniał za to żony. Uważał, że wina leży po środku i im obojgu brakuje już zaangażowania.

Każdego dnia po powrocie z plaży Kasia z Zuzą bawiły się wokół pensjonatu, a ich rodzice pod pretekstem wspólnego nałogu przesiadywali na ławce rozmawiając o wszystkim  coraz bardziej się przed sobą otwierając. Wciąż jednak zwracali się do siebie “proszę pani” i          “proszę pana” Jak gdyby ta oficjalna forma miała stanowić coś w rodzaju woalki za którą nie ma dostępu. Może oboje czuli, że przechodząc na “ty” posuną się jeszcze dalej. Późnym wieczorem, kiedy dziewczynki spały oni codziennie spotykali się na ostatnim papierosie, a on za każdym razem miał nadzieję, że wędrujący za szybko żar nigdy nie osiągnie filtra, bo to oznaczało, że brunetka zniknie w swoim pokoju.

Byli sobą zauroczeni jak zauroczeni byli swoimi partnerami na początku małżeństwa. Czuli niedosyt i tęsknotę. Nie widzieli w sobie nic negatywnego bo zaślepieni zostali tym co ich urzekło. Znali się za krótko by zwracać uwagę na minusy jakie na pewno mieli. Nie przechodzili razem przez życie co ułatwiało relację. Odrobina tajemniczości między nimi kreowała sympatyczne podniecenie. Adam po powrocie do pokoju każdego dnia dłużej o niej rozmyślał, pragnąc jej obecności. Jednak doświadczenie przeżytych lat podpowiadało mu, że to co się między nimi dzieje musi zakończyć się w te wakacje, a tylko wtedy zostaną w ich sercach piękne emocje i wspomnienia. Wiedział, że kontynuując tę znajomość po latach przejdzie ona w rutynę zabijając teraźniejszą namiętność. Tego nie chciał tak samo mocno jak  nie chciał się z nią za dwa dni rozstawać. Miał też coraz większe wyrzuty sumienia. Po raz pierwszy od ślubu myśli o innej kobiecie w sposób w jaki myślał o swojej żonie kiedy ją poznał. Boi się zmaterializowania swoich myśli, ale wie, że nie jest w stanie już tego zmienić. Nie chce by było inaczej. Ma nadzieję, że żona się o niczym nie dowie. Jest tego pewien. Z brunetką nie wymieni się nawet numerami telefonu, nie wspominając o adresach. Nie poznają nawet swoich nazwisk. Do końca życia będą nosić w sercach pamięć o cudownych chwilach tego lata. Po co rozbijać wypalony związek z żoną czy mężem by stworzyć nowy, w którym ogień płonie tylko na początku gasnąc z upływem wspólnych lat. Po co powielać ogólny schemat. Lepiej niech zostanie tak jak jest. Trzeba pozostać choć odrobinę odpowiedzialnym.

Przedostatni dzień Zuza spędziła z ojcem poza pensjonatem aż do wieczora. Adam specjalnie nie wrócił  od razu po plaży do pensjonatu by w ten właśnie sposób zacząć powoli rozstawać się z mamą Kasi. Myślał, że tak będzie łatwiej, ale nie było. Czytając córce książkę sprawił, że zasnęła. Nalał sobie mocnego drinka i wypił go jednym haustem. Czekał kiedy usłyszy kroki brunetki na schodach by za nią podążyć na dół. Wreszcie. Resztę alkoholu zabrał ze sobą. Paczkę papierosów też. Zdziwiło go, że i ona ma w ręku butelkę wina i kieliszek. Nie umówili się, że oboje przyniosą jakieś trunki. Śmiali się z tego. Pili i rozmawiali. Palili papierosy. Nie wiadomo kiedy zaczęli zwracać się do siebie po imieniu. Po tylu dniach i przegadanych godzinach poznali swoje imiona po raz pierwszy. Odsłonili woalkę. Zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Rozkoszowali się sobą. Ala smakowała usta Adama, a on delektował się nią. Liczyła się tylko ta chwila. Nie myśleli o nikim innym. To była ciepła noc w ogrodzie za pensjonatem. Ich gorąca noc. Pierwsza i ostatnia noc ze sobą. Noc podczas której ich ciała się ze sobą witały i żegnały jednocześnie. Wiedzieli, że to co się teraz dzieje ma dać im nadzieje na kolejne lata życia w związkach w których tkwią. Nadzieję na to, że może jeszcze kiedyś zapłonie ogień w ich małżeństwach albo na ich drodze stanie ktoś, kto jeszcze raz sprawi by ich serca zabiły mocniej i pozostawi po sobie niedosyt. Da wiarę, że nadal potrafią czuć i zachowywać się irracjonalnie chociaż przez moment podążając w życiu za głosem swojego serca.

Siedzieli jeszcze przez jakiś czas na schodach pomiędzy piętrami gdzie w pokojach spały ich córki – owoce miłości. Nic do siebie nie mówili. Spotykające się dłonie Ali i Adama oraz spojrzenia jakimi się obdarowywali stanowiły najpiękniejszy, najbardziej wymowny dialog. Słowa były tu zbędne. Rozeszli się do swoich pokoi.

Adamowi kręciło się w głowie nie tylko od wrażeń z jakimi wrócił do pokoju. Wypity alkohol zrobił swoje. Położył się i patrzył na śpiącą, niewinną, nie skażoną problemami życia dorosłych Zuzę. Zazdrościł jej spokoju umysłu. Sam czuł się rozdarty przez szczęście jakiego doznał podczas kończących się wakacji i wyrzuty sumienia, które teraz gryzły go dotkliwie. Jego myśli krążyły wokół Ali i wokół żony, ale coraz bardziej przywoływały matkę jego córki. Wiedział, że ona sobie nie zasłużyła na to jak on zachował się nad morzem. Wierzył, że to życie tak ich od siebie oddaliło mimo, że w głębi duszy chcieli inaczej. Z drugiej strony uważał, że był godzien grzechu jakiego się dopuścił bo zrobił to w imię miłości. Nie oszukał siebie. Pocieszał się faktem, że prawda o tym nie wyjdzie na jaw, że tylko on i Ala będą wiedzieć co zaszło.

Był bardzo senny, ale wszystkie te myśli toczące walkę w jego mózgu sprawiły, że czuł się poddenerwowany. Wtedy nałóg przypomniał o sobie. Z kieszeni spodni wyciągnął papierosy i zapalniczkę. Miał gdzieś, że w pensjonacie nie wolno palić. Przecież za kilka godzin wyjeżdżam – pomyślał. Było mu tak wygodnie na łóżku, że nawet nie podniósł się by otworzyć okno. Zapalił.

Gdzieś w swoim domu w centralnej Polsce mąż Ali przygotowywał sobie śniadanie. W innej części kraju żona Adama stała w korku jadąc samochodem do pracy. Jedyne co ich w tej chwili łączyło to ta sama stacja radiowa, której słuchali. Uśmiechali się słysząc utwór zespołu “Hot chocolate” pod tytułem “It started with a kiss” Kojarzył się im on z pierwszymi randkami z małżonkami, którzy na szczęście już dziś wrócą z wakacji. Muzyka i świadomość powrotu bliskich wprawiła ich w dobry nastrój.

„….przerywamy blok muzyczny by przedstawić państwu wiadomość z ostatniej chwili: do tragicznego w skutkach pożaru doszło dziś nad ranem w jednej z nadmorskich miejscowości w powiecie koszalińskim. Całkowitemu spaleniu uległy dwie kondygnacje pensjonatu. W dwóch pokojach przebywali tam turyści, niestety śmiertelne ofiary pożaru. Jak dowiedzieliśmy się od rzecznika prasowego straży pożarnej w Koszalinie zginęły w płomieniach cztery osoby. W jednym pokoju spłonął ojciec z córką i jak wstępnie ustalono właśnie w tym pomieszczeniu mogło dojść do zaprószenia ognia. Kolejnymi ofiarami były kobieta z kilkuletnią dziewczynką wynajmujące pokój usytuowany bezpośrednio nad pokojem w którym wybuchł pożar….” – ciągnęło smutno radio.


wyścig

Wszyscy jesteśmy sportowcami. Dyscypliną w jakiej sprawdzamy się  na co dzień jest życie. W pracy udając bratnią duszę każdego ze współpracowników czekamy na ich potknięcie. Chcemy je wykorzystać i wspiąć się na kolejny szczebel kariery. Nie obchodzi nas los innych. To tak jak w biegu przez płotki skręcenie nogi przez rywala zwiększa szansę na wygraną tym pozostałym. Stajemy się hienami żerującymi na czyimś nieszczęściu. Byle by tylko nasycić się, zadbać o swój interes. Nie zrezygnujemy z zakupu czegoś zbędnego by wspomóc tych, których nie stać na to najpotrzebniejsze. Nie zrezygnujemy bo przecież musimy przed garażem zaparkować droższy samochód od pojazdu sąsiada, a na wakacje pojechać dalej niż on. Miejsce pracy staje się naszym domem. W nim spędzamy najwięcej czasu by zarobić na rzeczy, dzięki którym zostaniemy zauważeni. By żyć musimy mieć. Tylko przez to co możemy dotknąć stajemy się wartościowymi. Kwota którą przeznaczamy na przedmioty jakimi się otaczamy to suma tego ile jesteśmy warci w oczach własnych i otoczenia. Oczy tłumu zwrócone są na sportowca z medalem. Nikt nie pochyli się nad tym, który przybiegł ostatni. Nikt nie zapyta go w czym można mu pomóc by następnym razem poszło mu lepiej. W swoim towarzystwie wolimy mieć pięknie wystrojonego karierowicza opowiadającego o swoich miłosnych podbojach i zakupach w różnych stolic krajów butikach, niż filantropa pomagającego w potrzebie w zaciszu własnej okolicy, nie rzucającego się jednak w oczy. Śpieszymy się bardzo bo świat oferuje nam coraz więcej „medali” do zdobycia, a konkurenci wytwarzają atmosferę nakazującą nam uczestnictwo w każdym po medal wyścigu. Nie wzięcie udziału we wszystkich zawodach odseparuje nas od stawki walczącej  o główne trofeum. Tym trofeum jest pozorne nie bycie samotnym. Zostaniemy zepchnięci na bok. Nie przeżyjemy. Ulegamy więc presji cywilizacji i mimo iż starzejąc się powinniśmy zwalniać to biegniemy szybciej i szybciej nie zwracając w tym szaleństwie uwagi na blizniego. Uczymy się na pamięć nowych haseł czy kodów dostępu by swoją obecność zaznaczyć wszędzie, bo tak robią też inni. Częściej posługujemy się numerem „pin” niż własnym nazwiskiem. Nikt już nie zauważa naszej wrażliwości, nie widzi w nas człowieka, ale dzięki cyfrom jakimi się legitymujemy może wyśledzić nas ten, który tego chce. Brak nam własnego miejsca na ziemi. Dajemy się zaszufladkować zapominając o indywiduum jakim każde z nas jest. Płyniemy z prądem choć męczy nas to jakbyśmy podążali pod prąd. Wstyd jest nam się przyznać, że kiedyś poezja miała dla nas znaczenie i zamiast trafnego cytatu na zakończenie listu (niestety już tylko elektronicznego) wstawiamy mało inteligentną „buzkę”. Przestajemy być sobą by pasować do reszty, by reszta nas zaakceptowała. Za bardzo skupiamy się na zwycięstwie stając się egoistami ku uciesze twórców systemu w jakim egzystujemy. Nie zaprzyjaźniamy się, bo nie mamy na to czasu, a nie będąc szczerymi nie wierzymy w szczerość innych. Nie jednoczymy się, więc jako pojedyncze osoby nie stanowimy zagrożenia dla tych nielicznych grających na arenie świata zespołowo. Jeśli buntujemy się przeciwko narzucanym nam prawom to za namową i ramię w ramię z twórcami nowych racji, bezwiednie wpadając z jednej niewoli w drugą. Nie mając własnych ideałów jesteśmy narzędziem w rękach naszych trenerów. Ten wyścig nas wyczerpuje. W rezultacie wieloletniej pogoni zdobycze, które miały uczynić nasze życie lepszym, nasze medale, zaciążą nam jak chomąto na karku i do mety się ledwo doczołgamy. I przyjdzie czas na refleksję. Zdamy sobie sprawę, że mimo iż mamy wiele to i tak jesteśmy samotni i puści wewnętrznie, że mimo iż śmiertelnie tym wyścigiem jesteśmy zmęczeni to i tak nie osiągnęliśmy tego co jest najważniejsze. Bo najważniejsze w życiu było właśnie to co przegapiliśmy, a czego nie mogliśmy dotknąć… Wszyscy będziemy przegranymi sportowcami. Zostaniemy zamknięci pod postacią popiołu w malutkiej urnie by także po śmierci stanowić jak najmniejszy kłopot. Amen.


pokój zabaw

Połowa lat osiemdziesiątych. Jak na tamte czasy bardzo ekskluzywny hotel, zajmowany przede wszystkim przez turystów z za zachodniej granicy. Przepiękna okolica. Bliskość jeziora i lasu sprzyjała wypoczynkowi. Wystarczyło tylko zejść po drewnianych schodach z tarasu przylegającego do hotelowej restauracji by znaleźć się na plaży, a po krótkim spacerze dotrzeć na pomost, do którego przycumowane były jachty. Raj dla dorosłych i dzieci. Wśród wielu gości nie znające się dwa polskie małżeństwa z dziećmi. Może ośmioletnimi, może starszymi, ale na pewno nie mającymi więcej niż po dziesięć lat synkami. Spędzali tam część upalnych wakacji. Chłopcy poznali się w pokoju zabaw. Pomieszczeniu bajecznie kolorowym, wypełnionym najróżniejszymi zabawkami. Mogli przebywać tam między budowaniem zamków z piasku, pływaniem z rodzicami rowerem wodnym, posiłkami, kąpaniem się w jeziorze, pluskaniem w basenie, graniem w badmintona czy oglądaniem bajek w sali telewizyjnej odtwarzanych z tak jeszcze nie popularnego wtedy wideo. Mieli szanse być w towarzystwie swoich kilkuletnich rówieśników, mieli szansę się dobrze bawić…
Dni mijały im więc beztrosko. Słońce budziło ich wcześnie rano dając dużo czasu na wszystkie atrakcje. Machali do siebie podczas śniadania, a kiedy rodzice dłużej celebrowali posiłek, wymykali się razem do pokoju zabaw skąd odbierali ich później tatusiowie z mamusiami. W tak świetnych warunkach nie mieli okazji się nudzić. Można było być wręcz przekonanym, że nie zabraknie im wrażeń i  żadne dziwne pomysły nie powinny przyjść im do głowy. Szczególnie pomysły które w umyśle niespełna dziesięciolatka uznawane  są za nienaturalne, nienormalne. Sielanka trwała. Kiedy jeden z nich bawiąc się z ojcem w piratów płynął łódką na wyspę znajdującą się na środku jeziora drugi ze swoim rodzicem budował szałas w lesie czy też na odwrót. Wycieczki do pobliskiego miasteczka uatrakcyjniała wizyta w lodziarni lub kinie, ale tak naprawdę wszystko czego zapragnęli oferował im hotel. To były fajne godziny kiedy byli osobno, ale zawsze znaleźli czas by bawić się razem świetnie w pokoju zabaw. Urządzali sobie wyścigi po bardzo długim hotelowym korytarzu lub bawili się w chowanego wykorzystując na kryjówkę zakamarek z windą naprzeciwko wejścia do pokoju zabaw. Kusiła ich ją przejażdżka, bo nigdy nie mieli okazji oglądać windę w środku. Obaj mieszkali na parterze, a rodzice nie pozwalali im się w niej bawić. Byli jednak grzecznymi i posłusznymi chłopcami, którzy z reguły nie łamali  zakazów. Zresztą nie było powodu by się narażać mając tyle innych rzeczy do wyboru. Postępując nie zgodnie z życzeniem rodziców liczyć się trzeba było z ewentualną karą, którą mogło stać się ograniczenie dostępu do pokoju zabaw, a tego obaj nie chcieli.
Świeże powietrze i moc przygód przeżytych każdego dnia sprawiały, że dzieciaki zasypiały kilka chwil od przyłożenia głów do poduszek. Poza tym bardzo chcieli by noc upłynęła szybko co przybliży ich do konfrontacji z nowymi przyjemnościami w zaczarowanym miejscu w sercu Mazur. I tak właśnie dobiegł czas do końca turnusu. Od przyjemności do przyjemności, bez trosk i problemów z prawie nie gasnącym, dziecięcym uśmiechem na ich buziach, w prawie do ostatniej chwili zdrowej atmosferze, której wytworzeniu sprzyjało to urzekające miejsce, a jednak . . .

*           *           *

To było wiele lat temu. Wygląd hotelu rozpływa się w pamięci, coraz mniej detali do wspominania. Upływający czas zabiera ze sobą kolory ścian, układ korytarzy, imię kolegi z pokoju zabaw też jest już nieznane. Ale mimo tylu od tamtej pory przeżytych wakacji, wciąż pamięta dzień kiedy ostatni raz był w pokoju zabaw tego pięknego hotelu. Żywy jest w głowie mężczyzny obrazek z lustra pokrywającego ścianę windy, do której nie wolno mu było przecież wchodzić. Jest tak samo wyrazny, jak wyrazny był parę dni od wyjazdu z Mazur. Obraz ten udowadnia mu, że jednak się w tej windzie znalazł. Jak do tego natomiast doszło – nie pamięta. Widzi w tym lustrze siebie z  bezimiennym dziś chłopaczkiem. Stoją ramię w ramię dotykając plecami zatrzaśniętych drzwi windy zawieszonej między piętrami. To wciśnięcie okrągłego przycisku z napisem „stop” przez jednego z nich spowodowało, że się zatrzymała. Są uśmiechnięci, ale w jakiś dziwny, szyderczy nie pasujący do ich młodego wieku sposób. Towarzyszy im tam młodsza od nich dziewczynka. Lustro obnaża widok jej nagich pleców, pośladków, chudych nóg i opuszczonej do kostek letniej sukienki ze ściągniętymi razem z nią majteczkami. Oni patrzą na jej nagość, kiedy ona patrzy w podłogę. Sami wcześniej w windzie nie byli. Tylko ten jeden, jedyny raz pozwolili sobie do niej wejść zabierając ze sobą koleżankę z pokoju zabaw by . . . by obejrzeć sobie ją, a nie windę. Winda nie skusiła ich także i tym razem. Skusiła ich ona. Oprócz obrazu z lustra pamięta, że panował tam nieprzyjemny zapach moczu. To strach dziewczynki dał znać o sobie… Ciekaw jest co z tych wakacji pamięta ona. Czy może od tamtej pory zawsze wybiera schody by się przemieścić między piętrami , ale tego się nigdy nie dowie. Żal mu, że mimo iż podczas całego pobytu w kurorcie w windzie spędził najmniej czasu to ta właśnie chwila zapisała się w jego pamięci najtrwalej.


babeczki

Są wśród nas tacy, którzy codziennie bywają kuszeni. W drodze do pracy i w pracy, na zakupach, w kinie, restauracji, na wczasach po prostu wszędzie i cały czas rozglądają się wkoło wypatrując najbardziej atrakcyjne spośród otaczających ich pań. Kiedy je dostrzegą określają je różnymi epitetami – także takimi z rodziny kulinarnych. Nabierają oni podczas tych obserwacji (niekoniecznie zamierzonych gdyż to kobiety same wpadają im w oko) apetytu na konsumpcję… Tak, konsumpcję bo w myślach nazywają je słodkimi, cukiereczkami, ciasteczkami, w przypadku piękności czarnoskórych czekoladkami, a ci co lubią te bardziej korpulentne – apetycznymi pączuszkami. Mało tego, bywa i tak, że kiedy je kontemplują  do głowy przychodzi im (nie)wiedzieć dlaczego myśl o lodzie…czują się więc oni pośród niewiast jak w cukierni – ot, tacy koneserzy słodyczy pomyślał by ktoś. Innym słowem łakomczuchy. Wspaniała większość z nas pamięta o partnerce w domu i nie da się skusić na słodkie co nieco. Szczególnie przed obiadem z którym ona czeka na nas w domu. Byłaby przecież rozczarowana gdyby zorientowała się, że wracamy do domu zaspokoiwszy głód gdzie indziej, a mogłoby się to też zakończyć rozwodem. Tyle, że każde z nas dwojga ma na uwadze inną potrawę. My nasycilibyśmy się nią, a ona chce nas uraczyć kotletem, ziemniakiem i bukietem surówek… oby się chociaż stała deserem, w końcu oboje lubimy słodycze – myślimy i z nadzieją więc na słodkie we dwoje zakończenie szybko pochłaniamy zestaw obiadowy… i … i nic. Nasza kolej żeby pozmywać naczynia. Tylko czy zrobiliśmy coś aby i ona nabrała apetytu ? – zastanawiamy się spłukując talerze      ( dobrze jeśli w ogóle się zastanawiamy ). Chociażby tak małego jak powiedzenie jej, że ładnie wygląda mimo tego iż tak ciężko pracowała dziś w domu by wszystko było w jak najlepszym porządku, czy mówimy jej jak bardzo ona jest dla nas ważna w naszym życiu… nie mówimy! Czy wręczamy jej bez okazji zapisanej w kalendarzu bukiet kwiatów dodając liścik z tekstem          „niech te piękne kwiaty nabawią się kompleksów w zestawieniu z Tobą Kochanie…” Nie ! Nie robimy nic by poczuła się księżniczką lub robimy zbyt mało oczekując wiele. My oczywiście jesteśmy pewni ogromu jej wartości w naszym życiu. Udowadniamy to sobie każdego dnia bo tylko pożeramy apetyczne „słodycze” oczami – odmawiając sobie konsumpcji ( zakładam, że tak jest ). Wiemy, iż mimo że może to nasze „ciasteczko” od dawna wygląda tak samo i znamy je na wylot to nigdy nie zawiedzie nas swoim smakiem i jakością. To tak jak kiedy w prawdziwej cukierni stajemy przed ladą i przez chwilę patrzymy na szereg babeczek upiększonych różowym, fioletowym czy żółtym lukrem z wielokolorową posypką, malinką z cukru na szczycie, zachwycamy się ich wyglądem, ale zdając sobie sprawę o ich sztuczności i mdłości w smaku kupujemy od dawna znaną nam i wypróbowaną delicję pozostawiając kolorowe babeczki innym klientom.
Widzimy więc jak ona się stara, dba o wszystko i dobrze wychowuje nasze dzieci. Tylko czy  wie, że my to wszystko dostrzegamy ? – Nie, bo jej o tym nie mówimy.
Udowadniamy więc jej wartość tylko sobie – jej nie dając argumentów by od czasu do czasu poobiedni deser zastąpiła sobą. Zarzucamy jej brak zaangażowania, ale nie dajemy jej bodzca by się zaangażowała. Przecież to ciastko, które zawsze kupujemy w cukierni niczym już nas niby nie jest w stanie zaskoczyć, ale kiedy zjadamy je popijając mlekiem, herbatą, kawą, sokiem czy popychamy je kieliszeczkiem nalewki to za każdym razem smakuje inaczej. Jak i najznakomitszy obraz w zle dobranej ramie nie doda blasku całemu wnętrzu tak i ona osadzona w codziennej szarości nie zamieni się w demona namiętności tylko dlatego, że my mamy na to ochotę. Ona potrzebuje atmosfery adoracji. O tym jak bardzo jest dla nas ważną musi dowiedzieć się od nas. I jeśli rzeczywiście nie mamy ochoty przerzucić się na lukrowane babeczki tylko pozostać przy pełnowartościowym, organicznym ciasteczku nie powinniśmy marnować czasu. Zacznijmy starać się osłodzić życie naszej wybrance, dodajmy przypraw do naszego wspólnego życia – smaczku, a może to wyjść tylko dla nas na dobre. Częścią naszego codziennego jadłospisu w formie „deseru” stanie się ona, co wyeliminuje w przyszłości pokusę podjadania poza domem, a co najważniejsze… nie zamieni nas ona na inne ciacho .

smacznego


towarzyszka

Jest jego towarzyszką. Nie wie jak długo ze sobą są, ale chyba od zawsze. Wie jednak, że zdecydowanie za długo. Wcale za nią nie przepada bo ona utrudnia mu życie, ale on nie wie jak się jej pozbyć. Żyją więc razem… Pamięta szybę w oknie  swojego pokoju z naklejoną na niej foliową tęczą. Jego nielubiana towarzyszka budziła go w środku nocy i jakby ciągnąc za rękę wiodła do okna by patrzył przez tęcze na księżyc. Widział go w różnych kolorach, a ona patrzyła z nim. Myślał wtedy o ojcu – marynarzu kołyszącym się ze swym statkiem gdzieś na otwartym oceanie. To od niego dostał tą naklejkę. Po chwili wracał do łóżka, ale ona nie pozwalała mu szybko zasnąć. Leżała z nim karząc wpatrywać się w małe metalowe samochodziki ustawione w równym rzędzie na czerwonych szafkach i wyobrażać sobie wspólną z ojcem zabawę. Męczył się tym patrzeniem w ciemności by w końcu zasnąć. Budził się rano i obserwował na podłodze między swoim łóżkiem, a czerwonymi meblami kolorowe cienie. Było to światło wpadające do pokoju przez tęczę w oknie. Niczym symboliczne i ironiczne  “dzień dobry”  od drylującej chłopięcy mózg towarzyszki.
Mijały lata, a życie jego obfitowało w szereg wydarzeń. Zachodziło wiele zmian, a mimo to ona nie odstępowała go na krok. Gdzie on, tam i ona. Nawet w tych najradośniejszych momentach, chwilach szczerego śmiechu przypominała o sobie zawsze przywołując do niego melancholijne myśli. Robił się co raz starszy, a ona starzała się razem z nim. Jako młody mężczyzna wyemigrował zabierając ją niechętnie ze sobą. Przypominała mu o tym co pozostawił  w ojczyznie, o tym co tam przeżył. Założył rodzinę, ale ona nie rezygnowała. Była na tyle natrętna, tak bardzo odświeżała w jego głowie wspomnienia z kraju który opuścił, że wrócił do niego po latach z żoną i synem…ona już tam na niego czekała. Towarzyszka rozdzierająca mu wnętrze, nie pozwalająca zaznać spokoju. Drwiąca z niego i ukazująca swą siłę na każdym kroku. Idealnie zdolna pokazać mu to, czego mu brakuje, by nie mógł w spokoju skupić się na tym co ma, co go otacza, co jest mu życzliwe w danym momencie jego życia. Układa mu teraz sny tak jak wtedy po wybudzeniu, kiedy był dzieckiem prowadziła go ku oknie z tęczą. Teraz jednak go nie budzi, może dlatego, że stał się bardziej odporny, że radzi sobie jakoś z emocjami. Mimo to spaceruje we śnie po skoszonym przez siebie trawniku. Rozpala w kominku – dziele swoich rąk, karmi bażanty czy z synem wycina choinkę spośród drzewek otaczających ich dom by przyozdobić ją później na święta. Wcale nie chce o tym śnić, ale to nie on sam dokonuje wyboru. Ona układa scenariusz na noc, na noce… Dlaczego nie wolno mu widzieć pod zamkniętymi powiekami marzeń, tego co mogło by się jeszcze wydarzyć, tylko musi rozpamiętywać to co utracił. Ponieważ ona tak chce. Jego nieodłączna towarzyszka istnieje bo on miał i ma powody by ona mogła być pasożytem żerującym na jego organizmie. Jedynym sposobem na unicestwienie jej byłby brak argumentów dla jej egzystencji czyli odcięcie jej od pożywienia, ale to zawsze było trudne. Nawet kiedy to pisze doświadcza obecności towarzyszki. Nie chce jej tu. Woli być z bliskimi swemu sercu, ale jest w pracy poza domem. I skoro odczuwa potrzebę bycia z rodziną, daje tym samym atrybut władzy nad sobą tej znienawidzonej. Tej, która wbija mu szpilki w serce za każdym razem gdy nie może być z kochaną osobą lub traci kogoś czy coś co kocha. Tej która w jego głowie daje znać o sobie przedstawiając mu się imieniem „ tęsknota „  …


jej oczy

W zielonych oczach widzę łąkę,

co biegam po niej z naszym synem.

Są w nich wspomnienia chwil spędzonych

na snuciu planów i marzeniach.

Dowody są w nich zakochania

odległe tak od zapomnienia.

Miłość w nich mieszka i nadzieja,

są ślady bólu i zmęczenia.

W tych oczach dużo jest wzruszenia,

łzy są w nich smutne i radosne.

Siła w kolorze ich bezkresna.

W zielonych oczach ognie płoną

i rozpalania mają moc,

więc wciąż w nie jestem zapatrzony

- w przepiękne oczy mojej żony.

… i oby dane było mi jak najwięcej poranków, kiedy po przebudzeniu zobaczę swoje w nich odbicie gdyż wielką radością jest dla mnie patrzenie w jej zielone, kochane oczy i świadomość, że one też patrzą na mnie.

Pozwoliłem sobie dodać do zdjęcia utwór ” Heaven help” w wykonaniu Angie Stone, który dla mnie i właścicielki zielonych oczu ma już teraz pewną symbolikę.


być dorosłym

Długie lata dorastał do tego by wreszcie stać się odpowiedzialnym. Wiele osób, tych bliższych i tych dalszych próbowało pokazać mu jak powinien postępować, którą drogę w życiu obrać. Uzurpowali sobie do tego prawo argumentując to większą liczbą przeżytych lat lub większym i cięższym bagażem doświadczeń. On był jednak odporny na dojrzewanie. Tkwił w swoim świecie własnych ideałów i marzeń. W świecie, w którym łamanie reguł przyjętych przez większość stała się normą, a bunt zasadą. Nie był w stanie się dostosować. Zawsze myślał, że wie lepiej…Racji innych potrafił tylko wysłuchać. Nie adoptował ich na własne potrzeby. Nie robił z nich użytku dla własnego dobra. Kierując się tym co według niego było jedynie słuszne popełniał wiele błędów błądząc niepotrzebnie po uliczkach życia. Może po prostu brakowało mu autorytetów albo on sam zbyt często był autorytetem dla siebie. Nikt nie miał na niego wpływu, nikt nie był zdolny go zmienić – sprowadzić na właściwy tor. Mimo bycia coraz starszym pozostawał niedorosłym. I wcale nie było mu z tym zle, po prostu nie wiedział, że może być inaczej. Czasami myślał porównując się do swoich rówieśników sprawiających wrażenie bardziej dorosłych niż on, wiodących bardziej stabilny tryb życia od niego o tym co ich odmieniło, a może zawsze tacy byli i wpływowi nikogo lub niczego nie musieli ulegać. Zastanawiał się w jaki ewentualnie sposób wywróci się jego życie by stał się innym człowiekiem. Lepszym w oczach otoczenia i swoich. Kiedy i czy w ogóle życie postawi go w sytuacji, w której będzie musiał stać się bardziej odpowiedzialnym i czy wtedy podoła wyzwaniu. Choć nie zarzucał sobie zbyt wiele i nie był przekonany czy będzie mógł w przyszłości postrzegać się w bardziej pozytywnym świetle widział różnicę w sposobie życia swoim i swoich znajomych. Kto będzie miał dar przewartościowania jego wnętrza …? – pytał.

Stało się. Nadszedł czas na zmiany i to nie z powodu nacisków uważających się za mądrzejszych od niego członków rodziny. Nie dlatego, że zdarzyło mu się przeczytać kilka książek dających do myślenia i absolutnie nie z przyczyny obrania sobie kogoś za wzorzec do naśladowania. Nie doszedł też do wniosku, że już najwyższy czas bo ma już swoje lata. Nikomu z od dawna obecnych na tym świecie sztuka przemówienia mu do rozsądku się nie powiodła, ale pojawił się On i zawładnął jego sercem.  Silniejszy od tych co próbowali dotychczas. Ten przed którego obliczem ugnie się i zrobi dla niego wszystko. Wystarczy, że będzie. Jego najukochańszy Syn. Największy skarb wśród skarbów najcenniejszych. Miłość prawdziwa – jedyna do końca. Jego obecność nauczyła go pokory, kazała pochylić czoło przed tym wszystkim, przed czym jeszcze niedawno prężył się gotując na potyczkę. Teraz nie ma na to czasu. Teraz cały jego czas należy się jemu. Syn zajął pierwsze miejsce w hierarchii priorytetów. Zresztą nie ma już innych priorytetów. Tylko On, On, On…taki jeszcze nie duży, naiwny, często głupiutki, a bije wszystkich na głowę. Niewielki obiekt bezinteresownego i bezgranicznego kochania stał się jedynym, prawdziwym, najpoważniejszym powodem by wydoroślał, by w odpowiedzialny sposób stawiał każdy kolejny krok w życiu, by uczył się być ostrożnym bo życie syna trzyma w swoich rękach…i uczy się być dla niego najlepszym ojcem.

* * *

Wydaje mu się teraz, że każdy człowiek potrzebuje właściwego dla siebie powodu czy bodzca  by zacząć myśleć w bardziej dorosły sposób. Niektórzy muszą na ten powód czekać bardzo długo. Może nawet całe życie. Są też osoby które nigdy dorosłe nie będą lub tacy, którym zawsze będzie się tylko zdawać, że dorosłymi są. Najważniejsze to chyba potrafić dostrzec moment, w którym się ten powód pojawi. Nikt na siłę, wtedy kiedy wydaje mu się, że powinniśmy stać się dorosłymi – dorosłych z nas nie uczyni, bo nie każdy dorosnąć musi… Może po prostu przez całe życie, z dnia na dzień stajemy się bardziej dorośli a na pewnych etapach naszego dorastania, kiedy życie od nas tego wymaga – robimy się bardziej odpowiedzialni ?

 


na zdrowie ?

Kiedy unosiłem w kierunku ust kolejną szklankę z piwem usłyszałem głośne  „ na zdrowie’’. Dotarło ono do mnie od któregoś z rozbawionych gości siedzących przy sąsiednim stoliku. Podziękowałem skinieniem głowy i delikatnym uśmiechem wysłanym w ich stronę. Wypiłem kilka łyków i zawiesiłem wzrok na płomieniach tańczących w kominku naprzeciw mnie. Zamyśliłem się nad sensem przed chwilą usłyszanego życzenia. Przecież nie jest możliwe by picie alkoholu odbiło się pozytywnie na moim zdrowiu. Nie będę musiał nawet długo czekać aby się o tym przekonać. Już jutro rano obudzę się z bólem głowy. Z kolei częste spożywanie napojów wyskokowych może doprowadzić  do powolnego niszczenia moich organów wewnętrznych, a przede wszystkim wątroby nie mówiąc o skutkach zachowań wynikających z bycia pod wpływem. Pamiętam dokładnie jak za czasów studenckich w irlandzkim pubie w Warszawie raczyłem się ze znajomymi ciemnymi piwami. Na pewnym etapie zabawy tańcząc i wywijając piruety uderzyłem nogą w narożnik stołu. Przewróciłem się, wstałem, tańczyłem dalej. Z lekko obolałą nogą pieszo wróciłem do domu, z którego około szóstej rano zostałem przez pogotowie odwieziony do szpitala. Okazało się, że kończynę na wysokości kostki mam poważnie złamaną i spacerem w nocy do domu pogorszyłem znacznie swój stan. Bólu wcześniej nie czułem bo uśmierzony byłem alkoholem. Pijaństwo więc wtedy na dobre mi nie wyszło mimo iż nieraz podczas picia „ na zdrowie’’ z naszych ust padało. Ponownie podniosłem szklankę i przełknąłem trunek koloru bursztynowego. Nie odrywałem wzroku od ognia…miałem nadzieję, że to spontaniczne  życzenie „ na zdrowie ’’ nie było podszyte ironią, a intencje  je wypowiadającego były szczere. Zacząłem szukać w głowie przykładów innych podobnych w swoim braku sensu życzeń. To tak jak śpiewanie „ sto lat ’’ osobie kończącej dziewięćdziesiąt cztery lata naprawdę okazuję się życzeniem jej jeszcze tylko sześciu lat życia. Niezbyt więc stosowne. Przypomniałem sobie, że spotkałem dawno temu na przyjęciu imieninowym człowieka, który wznosząc kolejne toasty za każdym razem mówił    „ smacznego ’’. Czyżby była to jedyna osoba jaką poznałem rozumiejąca bezsens wypowiadania życzenia „ na zdrowie ’’ w stosunku do zamierzających za chwilę spożyć alkohol…? Jakże trafne było z jego strony zastąpienie sformułowania „ na zdrowie ’’ pojedynczym słowem „ smacznego ’’.
Niektórzy natomiast, czego świadkiem bywałem niejednokrotnie zamiast śpiewać leciwemu solenizantowi „ sto lat ’’ wyśpiewują chóralnie ,, dwieście lat, dwieście lat… ’’. W tym przypadku o trafności zamiany liczby lat według mnie mówić nie można. Powszechnie jest wiadome, że ludzie dwustu lat nie dożywają. Życzenie więc takiego wieku jest przepełnione sarkazmem. Skoro jednak znamienita większość, a wyłączając jedyny powyższy przykład osobnika życzącego smacznego – to wszyscy, mówi „ na zdrowie ’’ musi być tu zawarty jakiś głębszy sens. Bardzo chciałem go poznać, ale w tym względzie nic nie przychodziło mi do głowy. Przerwałem rozmyślania i dokończyłem to co pozostało jeszcze w szklance. Przechodzącego obok kelnera poprosiłem o rachunek. Wiedziałem że natychmiast muszę zakończyć proceder wlewania w siebie piw by pogorszenie się stanu mojego ( wbrew życzeniu jakie otrzymałem ) zdrowia objawiło się jedynie uczuciem ciężkiej głowy o poranku. Spojrzałem na ekran telewizora wiszącego nad barem. Emitowana była reklama organizacji charytatywnej zachęcająca do wpłaty na specjalne konto niewielkiej kwoty. Suma ta miała dać możliwość zakupu wyżywienia wystarczającego na miesiąc  dziecku  jednego z głodujących krajów Afryki. Kelner położył na stole rachunek. Wyciągnąłem portfel i uiściłem należność w wysokości pozwalającej na utrzymanie trójki biednych dzieci w Afryce. Wstałem i wolnym krokiem zbliżyłem się do sąsiedniego stolika. Biesiadujący przy nim goście trzymali napełnione kieliszki. Mijając ich powiedziałem „ smacznego ’’.

Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Nie mogłem podnieść się z łóżka, nie czułem się najlepiej. W pościeli odnalazłem pilota do telewizora i uruchomiłem odbiornik. Nie nadawano w tym czasie nic wartego uwagi. Przypomniałem sobie swoje wywody z ostatniego wieczoru na temat sensu życzeń. Tym razem jednak starałem się odnaleźć dowody na ich słuszność. Uczucie pulsującego ciśnienia w mojej czaszce nie tylko nie pozwalało mi się skoncentrować, ale utwierdzało mnie w przekonaniu co do prawdziwości tezy jaką kilka godzin wcześniej postawiłem. Mój umysłowy wysiłek przerwały słowa o tym iż mogę zostać sponsorem afrykańskiego dziecka. Był to tekst znanej mi już reklamy, ale tym razem rozbrzmiewał on w moim pokoju i mówił do mnie z mojego telewizora. Zauważyłem, że skoro słyszę to po raz drugi w tak krótkim czasie i to za każdym razem podczas zastanawiania się nad życzeniem    „ na zdrowie ’’ to nie może być to tylko zbieg okoliczności. Zacząłem wierzyć, iż w tej wątpliwej przypadkowości kryje się klucz do rozwiązania mojej zagadki o sensie owego życzenia. Zapamiętałem nazwę organizacji charytatywnej. Zwlekłem się z łóżka i zapisałem ją na zmiętym rachunku wyciągniętym z kieszeni spodni wiszących na oparciu krzesła. Z ciężką głową pomaszerowałem do kuchni gdzie napełniłem szklankę zimną wodą z kranu. Miałem teraz pewność, że wypicie jej może mi tylko pomóc, mówiąc inaczej wyjść mi na zdrowie. Czterema łykami opróżniłem naczynie. W łazience wziąłem prysznic i umyłem zęby. Krzątałem się po pokoju. Włączyłem komputer i odnalazłem w internecie numer konta bankowego organizacji z reklamy telewizyjnej. Dopisałem go obok jej nazwy na rachunku z knajpy. Ubrałem się, a do kieszeni kurtki wcisnąłem rachunek. Wyszedłem. Chciałem kupić kefir. W stanie jakim się dziś znajdowałem kefir zawsze okazywał się wybawieniem. Znajoma sprzedawczyni nie omieszkała poinformować mnie, że jakoś kiepsko wyglądam. Przyznałem się jej, że za dużo wczoraj wypiłem i podle się czuję. Wręczając mi kefir sklepowa powiedziała do mnie „ na zdrowie ’’. Zakładając, że nie jest przeterminowany jej życzenie na pewno się spełni – pomyślałem. Przed sklepem powoli uraczyłem się nabytym przed momentem panaceum. Wrzuciłem butelkę do śmietnika i postanowiłem nie wracać jeszcze do domu. Było dość chłodno, a orzeźwiający spacer dobrze mi zrobi. Ruszyłem przed siebie. Było mi zimno w dłonie więc wsunąłem je do kieszeni kurtki. Wyczułem papier pod palcami. Znany mi dobrze rachunek nie tkwił w kieszeni bez powodu. Wyjąłem go i spojrzałem na kwotę jaką musiałem wczoraj zapłacić. Podzieliłem ją przez trzy by otrzymać sumę za jaką można wyżywić przez miesiąc jedno afrykańskie dziecko. Poszedłem na pocztę i wypełniłem odpowiedni formularz. Wraz z odliczonymi pieniędzmi położyłem go przed obsługującą mnie kobietą. Urzędniczka sprawdziła czy wszystko się zgadza i zapytała mnie czy na pewno nie chcę nic wpisać w rubryce dotyczącej tytułu wpłaty. Ależ tak, musiałem ją przeoczyć – odpowiedziałem i bez namysłu dopisałem „ na zdrowie ’’ choć pasowałoby tu też wpisać „ smacznego ’’…
Wróciłem do domu nie wiedząc nawet kiedy przestała boleć mnie głowa.

po tej imprezie ( pępkówka ) w dniu 23.06.2003 nikt z nas nie czuł się idealnie, a już nawet nie pamiętam ile razy życzyliśmy sobie nawzajem ” na zdrowie “…


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.